poniedziałek, 30 listopada 2009

środa, 25 listopada 2009

Ostatnie przygotowania..

To do zrobienia jeszcze:
  • wydrukować nuty i złożyć śpiewniki
  • przygotować śpiewy na próbach w sobotę i niedzielę
  • wysłać informację do mediów i do proboszczów
  • sprawdzić jak się brzmi w kościele
  • ...
Rekolekcje dla facetów już w tą niedzielę!!!

wtorek, 3 listopada 2009

III edycja "Rekolekcji dla facetów". 29 listopada-1 grudnia!!!


Rozpoczęliśmy przygotowania do trzeciej edycji "Rekolekcji dla facetów". Znów poszukamy miejsca w Kościele dla współczesnego, świeckiego mężczyzny.
Rekolekcje odbędą się w dniach 29listopada-1 grudnia w nowym miejscu, czyli w kościele pw. św. Jana Ewangelisty w Szczecinie.


Niedziela, 29listopada
19:00- Uroczysta Msza św. inaugurująca rekolekcje,
z udziałem Męskiej ScholiTradycyjnej


Poniedziałek, 30listopada
19:00- Nieszpory z konferencją


Wtorek, 1 grudnia
19:00- Nieszpory z konferencją


Zapraszamy!!!

wtorek, 15 września 2009

Kazania z II edycji "Rekolekcji dla facetów". Prow. ks. Witold Seredyński


Powered by eSnips.com

"Ojcostwo. Najważniejsza kariera mężczyzny?"

Źródło:

Czy współcześnie mamy do czynienia z kryzysem ojcostwa? Do odpowiedzi na te pytania zaprosiliśmy duchownego, a także dwóch ojców.

Jacek Pulikowski, wykładowca, autor publikacji o tematyce rodzinnej: Bez wątpliwości przeżywamy kryzys ojcostwa. Miarą tego są rozpadające się małżeństwa, osierocone dzieci, a nawet dzieci zabijane w fazie prenatalnej. Kryzys ojcostwa jest generalnym kryzysem człowieka, kryzysem osoby, dotyczy to bowiem tak samo kobiet i macierzyństwa. Mężczyźni unikają odpowiedzialności, gonią za jakimiś tam sukcesami a tak naprawdę są nieszczęśliwi. Bo szczęście jest efektem życia zgodnego z naturą, której stwórcą jest Bóg a nie człowiek. Dobry ojciec ma być jak ten kapitan, który z tonącego okrętu nie ucieknie, dopóki ostatniego pasażera na własnych plecach nie wyniesie. To dziś ginie.
Zapomniane jest wychowywanie do męstwa. Wychowanie zdominowane jest przez kobiety, często nadmiernie czułe. Mamusie odpędzają zbyt srogich tatusiów od swoich synków i efektem są rozpieszczone trzydziestolatki, którym mamusia wciąż pierze skarpety i prasuje koszulki. Generalnie kryzys rodziny polega na tym, że kobieta jest pozbawiona potrzebnej jej opieki i wsparcia mężczyzny. A ten z kolei, gdyby mógł go udzielać kobiecie to by urósł, mężczyznom brakuje wzrastania w pełnieniu opieki i wzięciu odpowiedzialności z drugą osobę. Znakomity opis powinności dobrego ojca dał Jan Paweł II w adhortacji „Familiaris consortio” z 1981 roku. Mężczyzna ma wziąć po pierwsze odpowiedzialność za życie. Gadanie, że życie dziecka to sprawa kobiety i jej brzucha to bzdury. Po drugie, ojciec ma mieć swój udział w wychowaniu, po trzecie ma wykonywać pracę zawodową, ale tylko służącą utrzymaniu i służącą rodzinie a nie taką, która tę rodzinę niszczy. Po czwarte, ma dawać przykład dojrzałej postawy chrześcijańskiej, ale postawy, a nie tylko o niej gadania. To jest pełny program dla dobrych ojców, w którym dowiadujemy się jak odbudować męskość i szczęście mężczyzn, bo mężczyźni są powszechnie nieszczęśliwi.
Mateusz Matyszkowicz, publicysta Teologii Politycznej, ojciec trójki dzieci: Być ojcem to stan nieporównywalny do czegokolwiek innego i bardzo fajnie jest być ojcem. Wiąże się to z odpowiedzialnością, ale też bez przesady. Mam wrażenie, ze wielu mężczyzn boi się bycia ojcem, bo uważają, że nie są odpowiedzialni, a to nie prawda. To czy jesteśmy odpowiedzialni, możemy weryfikować tylko w sytuacji, w której się sprawdzamy.
Miłość ojca ma być odzwierciedleniem miłości Boga. Ma się w niej zawierać sprawiedliwość i miłosierdzie. To ojciec wyznacza sprawiedliwość w domu i staje się miernikiem tego co dobre i złe. A przy miłosierdziu wchodzimy w tajemnice dowolności przebaczania Boga, która jest tak samo ważna w byciu ojcem. Największym wyzwaniem dla ojca jest wychowanie dobrego człowieka, który potem wyjdzie z domu. Największym zmartwieniem jest natomiast to, że wpływ na to jest bardzo duży ale nigdy całkowity. Dlaczego warto być ojcem? Bo nie ma innej drogi, mężczyzna może być albo ojcem duchowym albo ojcem fizycznym. Czy współcześnie mamy do czynienia z kryzysem ojcostwa? Nie ma kryzysu ojcostwa bez kryzysu macierzyństwa i na odwrót. Tak naprawdę jest kryzys rodzicielstwa. On bierze się z tego, że człowiek w pewnym momencie doszedł do błędnego przekonania, że role społeczne są czymś, co można sobie wymyślać i dowolnie kształtować, a nie czymś, co wynika z natury i woli pana Boga.
Dariusz Cupiał, wykładowca, Prezes Fundacji Cyryla i Metodego, współzałożyciel strony internetowej tato.net: Wiele organizacji kościelnych i świeckich pomaga rodzinie w sensie kobiecie i dzieciom, natomiast nie ma pomocy rodzinie poprzez pomoc ojcom. Jeżeli już są jakieś organizacje, które pomagają ojcom, to albo takim, którzy stosują przemoc, albo takim, wobec których zastosowano przemoc, pozbawiając ich prawa do opieki nad własnymi dziećmi.
Naszym celem jako portalu jest promowanie dobrych wzorców ojcostwa. Staramy się budować kulturę odpowiedzialnego ojcostwa. Często się zwraca uwagę na rolę matki, która jest oczywiście bardzo ważna, unikalna i niezastąpiona, lecz ojciec pojawia się tutaj na drugim planie, jako osoba dbająca o zabezpieczenie finansowe potrzeb dziecka. Nie chodzi tylko o finanse. Chodzi przede wszystkim o obecność fizyczną, emocjonalną i duchową, które są bardzo ważne dla rozwoju dziecka.
Dzisiaj zdecydowanie trudniej być ojcem niż dawniej, dlatego trzeba mu pomagać lepiej zrozumieć jego rolę w zmieniającym się świecie. Trud wiązania obowiązków zawodowych i rodzinnych, przedłużający się czas pracy, różnego rodzaju wyzwania wychowawcze, niekiedy wyzwania rodzinne jak np. emigracja zarobkowa.
Poprzez nasz portal chcemy pokazać, że bycie ojcem można porównać do biegu maratońskiego. Nasze życie zawodowe możemy kształtować w zależności od sytuacji na rynku i wielokrotnie możemy zmieniać swoje funkcje, w wypadku ojcostwa jest to funkcja docelowa każdego mężczyzny i to jest najważniejsze. Ojcostwa można i trzeba się uczyć, trzeba "podnosić swoje kompetencje". My na przykład organizujemy specjalne warsztaty dla ojców, które mają im pomóc zrozumieć ich ojcostwo oraz ich mocne i słabe strony jako wychowawców. Robimy wszystko, żeby oni ten bieg w sztafecie po dobre wychowanie swoich dzieci wygrali.
O. Ksawery Knotz, kapucyn: Współcześnie mamy do czynienia z kryzysem ojcostwa, który jest pochodną kryzysu męskiej tożsamości. Mężczyźni nie wiedzą, jak ma wyglądać ich ojcostwo, często brakuje im pomysłu, siły i zdolności, aby wprowadzać dzieci w świat, aby inicjować je do dorosłego życia, np. wspólnie z dziećmi przeżywać jakąś przygodę. Ojcowie np. nie biorą swoich dzieci w Tatry, aby wejść do jakiejś jaskini, obłocić się, przełamywać lęk przed ciemnością. Chodzi o to, by dzieci przeżyły doświadczenie trudu, może czasem zmagania się i cierpienia, ale i równocześnie poczuły ten szczególny smak satysfakcji – żeśmy z tatą zdobyli szczyt, zwyciężyliśmy. Ojcowie nie wypełniają tej bardzo ważnej roli i w konsekwencji dzieci wychowują się bez ojców. Ojcowie często sami nie mieli swoich ojców w sensie psychicznym i duchowym i brakuje im tego podstawowego wzorca. Oczywiście taki wzorzec można starać się samemu odkryć.
W jakiejś mierze mężczyźnie może pomóc kobieta, żona, która przecież mężczyznę uduchawia i też wychowuje. Nie jest jednak w stanie ona tego zrobić w takim stopniu jak mężczyzna. Mężczyzna przy mężczyźnie, najlepiej swoim tacie, uczy się siebie, odkrywa kim jest. Tak jak ważna jest relacja ojca z synem, tak szczególną relacją jest relacja ojca z córką, dla której jest on pierwszym mężczyzną, którego męskości ona się uczy. Później bardzo dobrze widać po kobietach, czy były kochane przez ojca. Jeśli tak, to taka kobieta ma większe szanse być wspaniałą żona i matką. A jeśli nie, to sama zmaga się z lękiem przed mężczyzną, musi odkryć jego wartość, nauczyć się szacunku do niego. Nie zawsze to potrafi.

MaRo/JaLu

" Gdzie te chłopy?" rozmowa z ks. Piotrem Pawlukiewiczem

za stroną goscniedzielny.pl

O mężczyznach w Kościele, a właściwie o ich braku, o zniewieściałym duszpasterstwie z ks. Piotrem Pawlukiewiczem rozmawia

Ks. Tomasz Jaklewicz: Dlaczego w kościołach jest więcej kobiet niż mężczyzn?
Ks. Piotr Pawlukiewicz: – Proszę popatrzeć na rolę, jaką mają do spełnienia w praktyce wierni podczas liturgii. Mężczyźni odbierają to jako coś, co można określić hasłem „trzy razy »s«”: stój, śpiewaj, słuchaj. A tego właśnie nie lubią. Może dlatego wielu z nich lepiej czuje się na stadionie piłkarskim, na polowaniu czy w ogrodzie na grillu.

Sądzi Ksiądz, że to „trzy razy »s«” nie przeszkadza kobietom?
– David Murrow w książce „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” mówi, że termostat w naszych kościołach jest nastawiony raczej na kobiety. To jest temat do dyskusji, ale chyba lepiej w kościele czuje się płeć piękna. Ja wiem, że teraz powiem o sprawach drugorzędnych, ale one też mają swoje znaczenie. Kobieta w kościele zwróci uwagę na ułożone przy ołtarzu kwiaty, na innych ludzi, na to, jak są ubrani, sama doświadczy zadowolenia, że jest elegancka, jak przystało na dzień świąteczny, zachwyci się ckliwą pieśnią o miłości, bliskości. Panowie tę całą otoczkę odbierają inaczej. Murrow mówi, że mężczyźni mają swoją religię. To jest religia siły, mocy, pewności siebie, wielkości, a tego w ofercie Kościoła nie dostrzegają. Nawet chyba boją się, że chrześcijaństwo każe im być cichymi i pokornymi. Mężczyzna natomiast tęskni za wielkością i panowaniem. I wbrew pozorom, nie jest to złe. A jeśli każe mu się stać godzinę w kościele ze złożonymi rękami i śpiewać wzruszające niekiedy pieśni, to nie realizuje tego pragnienia swego serca. Dlatego woli doskonalić swój komputer, oglądać mecze czy przechwalać się swoimi osiągnięciami na spotkaniu z kolegami przy piwie. Ja wiem, że panowie są aktywni w liturgii, ale proporcje są mniej więcej takie, że kilku śpiewa w chórze, kilku służy do Mszy, a ogromna większość stoi bez ruchu przez całą liturgię.

No dobrze, ale kto reguluje ten termostat? Przecież mężczyźni, duchowni?
– Termostat regulował się setki lat. Wiele czynników na to wpłynęło. Na pewno wiele do powiedzenia miały i mają osoby duchowne. Tu widać sporą dysproporcję, bo celebrans – mężczyzna jest aktywny przez całą liturgię: przewodniczy, naucza, jest wyeksponowany. I czuje się jak ryba w wodzie. Ale to jedyny taki pan w całym zgromadzeniu. Często także i w innych formach duszpasterstwa ksiądz może zdominować mężczyzn czy chłopców. Zdarza się, że podczas wyjazdów duszpasterz decyduje o wszystkim: jak i kiedy się modlimy, kiedy mamy obiad, o której idziemy spać. Założyłem kilka lat temu taką wspólnotę internetoworealną, w której uczestniczę z pewnego dystansu. Ponieważ wchodzą w nią dziesiątki nieznanych mi osób, tylko czuwam dyskretnie, żeby nie pojawił się tam ktoś, kto będzie chciał zamieszać czy coś popsuć. Poza tym nie ingeruję w nic. I okazuje się, że oni sami bez problemu organizują kurs tańca, wyjazd wakacyjny, rekolekcje. Z tego środowiska wyłoniła się w dużym stopniu podgrupa młodych mężczyzn, którzy szukają swojej męskiej tożsamości i duchowości. Panie z całego serca im kibicują. I oni to wszystko robią sami. Natomiast kiedy dominuje ksiądz, to potem mamy takich panów, którzy ciągle pytają: „proszę księdza, o której wychodzimy?”, „o której obiad?”, „o której Msza św.?”.

Czyli to wina nas, księży?
– Nie tylko. Powszechne kłopoty z męskością mężczyzn sięgają czasów rewolucji przemysłowej. Chłopiec, by mógł dojrzeć, potrzebuje mistrza, nauczyciela, którym być musi oczywiście także mężczyzna. Według zamysłu Bożego, kimś takim powinien być przede wszystkim ojciec. Ale jakieś 200 lat temu ojcowie zaczęli wychodzić masowo z domu, poszli do fabryk, często znikali za chlebem na całe dnie, tygodnie, miesiące. Chłopcy zostali sami w domu z mamą. W wielu rodzinach to był moment przerwania łańcucha przekazywania męskości. Zabrakło łączności między ojcem i synem. Dawniej syn patrzył na siłę ojca, na roli czy w zakładzie rzemieślniczym, i ojciec mu tę siłę przez to wspólne przebywanie przekazywał. Dziś, kiedy ojcowie wracają późno wieczorem z pracy do domu, mają dla synów często jeden komunikat: „Tatuś jest zmęczony, chce poleżeć i pooglądać telewizję”. Od wieków, a nawet tysiącleci różne społeczeństwa czy plemiona wiedziały, że muszą wychowywać mężczyzn, wojowników, żeby przetrwać. Natomiast my w Europie przestaliśmy wychowywać duchowych wojowników i społeczeństwo chyba mocno zniewieściało.

Role mężczyzny i kobiety bardzo się zatarły…
– Jest jakiś obłęd w kreowaniu poglądu, że mężczyzna i kobieta mają robić to samo. „Ja gotuję w dni parzyste, a ty w nieparzyste”, stewardesa z pilotem powinni się zamieniać rolami w połowie drogi… Mam dziwne uczucia, gdy widzę panie ze Straży Miejskiej na Starym Mieście. Ładnie uczesane, zgrabne sylwetki, a przy pasku pałki i kajdanki. I one ochraniają facetów, którzy piją piwo na Rynku Starego Miasta w Warszawie, żeby im się nic nie stało. Przecież to absurd. Mężczyzna i kobieta mają różną konstrukcję ciała, różną psychikę. To mężczyzna jest powołany, aby być ochroniarzem kobiety. Każda kobieta marzy chyba o ochroniarzu, który by oddał za nią życie. Kobieta jest fizycznie, ale i duchowo subtelna, delikatna, i facet ma ochraniać tę delikatną strukturę.

Feministki pewnie by się oburzyły...
– Feministki to kobiety, które przestały wierzyć w swoje piękno i siłę jego oddziaływania. Pan Bóg tak to wymyślił, że kiedy kobieta zachwyca mężczyznę swoim pięknem, nie tylko fizycznym oczywiście, on się wtedy uaktywnia i działa na rzecz swojej pani. Wiele kobiet poranionych w dzieciństwie jest dzisiaj w głębi serca przekonanych o braku swego piękna. Nie wierzą, że facet się ich kobiecością zachwyci i dlatego na wszelki wypadek chcą go kontrolować i nim sterować. Błędne koło się zamyka. Bo faceci mają włączony program: „jak najmniej wysiłku, by osiągnąć jak najlepszy skutek”. Kiedy widzą, że kobieta chce rządzić w domu i decydować o wszystkim, to wielu z nich nawet godzi się na to, bo to jest dla nich wygodne. I nie rozwijają się duchowo. Leżą z pilotami od telewizorów w ręku, popijają piwo, które ich sztucznie ożywia i uczestniczą wirtualnie w meczach piłkarskich czy politycznych sporach.

W wielu kościelnych grupach czy wspólnotach przeważają kobiety.
– Poza męską pielgrzymką do Piekar (śmiech). Opus Dei ma mocny dział męski. Są oczywiście lektorzy i ministranci. Ale chyba poza tym rzeczywiście kobiety dominują. Był w Warszawie organizowany rok temu dla studentów wyjazd na jakiś duszpasterski weekend, już nie pamiętam dokąd. Jechały 44 dziewczyny i jeden chłopak.

Pewien doświadczony ksiądz mawiał, że jeśli w jakiejś kościelnej grupie nie ma przynajmniej jednej trzeciej mężczyzn, to trzeba ją rozwiązać.
– Zdrowy duchowo mężczyzna lubi dominować, panować nad światem, a szczególnie w obecności kobiety. Mężczyzna czuje się świetnie, kiedy wyjaśnia kobiecie świat, wprowadza ją w swoją rzeczywistość. Natomiast religia stała się domeną kobiet, to często kobieta jest tu ekspertem i wszystkim dyryguje. Zabiera męża na pielgrzymkę, mówi mu: „tu jest droga krzyżowa”, „tu idź do spowiedzi”, „tu będziemy się modlić”, „to jest wspaniały ksiądz” itd. Mężczyzna jest wtedy grzecznym chłopcem, a kobieta prowadzi go przez świat religii jak za rączkę. Mężczyźni tego nie lubią. Wolą takie przestrzenie, gdzie oni pokazują swoją wiedzę, są przewodnikami, mistrzami dla swoich kobiet, od których pragną podziwu. I dlatego czasami z tego powodu manifestują swoją niechęć do spraw wiary.

Apostołowie pokłócili się o to, który z nich jest największy.
– Tak, i trzeba to powiedzieć otwarcie, że tęsknota mężczyzny do bycia wielkim nie jest grzechem. Bóg powiedział do Abrahama: „uczynię cię ojcem wielkiego narodu”, a Jezus powiedział do Apostołów rzecz szokującą, że kto w Niego wierzy, będzie dokonywał rzeczy jeszcze większych niż On sam. Jezus nie nakrzyczał na synów Zebedeusza za to, że chcieli zasiąść po Jego prawej i lewej stronie. Powiedział im tylko, że nie tędy droga. „Kto by między wami chciał stać się wielki, niech będzie waszym sługą”. To jest dramat, że wielu mężczyzn tego nie rozumie i czuje raczej, że Kościół chce uczynić ich słabeuszami.

Ale kiedy słyszą o nadstawianiu drugiego policzka, to myślą sobie, że ideałem chrześcijanina jest słabeusz.
– Żeby nadstawić drugi policzek jak Jezus, czy jak święty Maksymilian Kolbe, trzeba być nieprawdopodobnym mocarzem duchowym. Trzeba wyjść od wielkości Jezusa. On był najtwardszym mężczyzną na ziemi, stoczył największą bitwę z całym piekłem i wszystkimi demonami. Nie zrobił tego siłą pięści, tylko siłą ducha. Kiedy mówił, to się dziwili, bo ich nauczał jak ten, który ma władzę, z mocą, inaczej niż uczeni w Piśmie. Trzeba mówić mężczyznom, że ich wielkością jest odnoszenie moralnych zwycięstw w każdej sytuacji. Panowie odchodzą od Kościoła bo myślą, że Kościół jest dla dzieci i kobiet, i tracą moc ducha. Wikłają się nierzadko w alkohol, erotomanię, stają się wiecznie smutni i rozdrażnieni. Kiedy są słabi, wtedy zaczynają krzyczeć na żonę, dzieci. Jezus miał emocje, ale nie przekrzykiwał nikogo. Nieraz Jego milczenie miało nieprawdopodobną siłę. Rzecz jest w odpowiednim rozumieniu „męskiej” wielkości.

Jan Paweł II był mocarzem ducha. Może także dzięki temu, że wychowywał go ojciec. Dziś wychowanie jest w rękach kobiet.
– W obyczajowości żydowskiej jest tak, że powołaniem ojca było „odebrać” dziecko matce. Oczywiście „odebrać” w sensie przejąć wychowanie. U nas to się często nie dzieje. Mężczyźni wyłączają się z wychowania. O wiele łatwiej jest projektować urządzenia techniczne czy handlować nimi, niż porozmawiać z synem, czy przejść z nim Orlą Perć. Faceci często lepiej czują się w świecie rzeczy, wolą rozwiązywać techniczne, teoretyczne problemy, a od relacji osobowych, jeżeli się ich nie zmobilizuje i nie nauczy, chętnie uciekają. A wiara ojca jest zasadnicza dla wiary całej rodziny. Były takie badania, z których wynikało, że jeśli w niewierzącej rodzinie matka się nawróci, to w 13 procentach przypadków pociąga za sobą męża i dzieci, a jeśli nawróci się ojciec, to procent nawróconych rodzin wynosi wtedy ponad 90. Jeśli syn zobaczy modlącego się ojca, to będzie dla niego lepsze niż wiele katechez w szkole. Niestety, ojcowie przestali być kierownikami duchowymi swoich dzieci.

Ponarzekaliśmy. Pora zapytać, co robić, żeby Kościół był bardziej atrakcyjny dla mężczyzn.
– Nauczycielki mówią czasem do chłopców: „Widzicie, dziewczynki ładnie odrabiały lekcje w świetlicy, a wyście chodzili po dachach i drzewach”. Ale chłopiec musi chodzić po drzewach. Chłopcom nierzadko od dzieciństwa wmawia się, że są gorsi. Często odnosi się to do sfery erotyki. A to nie ich wina, że często przeżywają hormonalny huragan. Niekiedy to ciągłe mówienie „jesteś niegrzeczny” nieraz zostaje im na całe życie, tym bardziej jeśli zabrakło w dzieciństwie ojca. Więc trzeba wpierw pokazać mężczyźnie, że nie są takimi złymi ludźmi, jak im to niekiedy zakodowano, dodać im ducha. Musimy też pomyśleć o męskich wspólnotach. To się powolutku tworzy, księża trochę się tego obawiają, szukamy recepty, programu. Jest jedna taka znana mi wspólnota w Warszawie, modliłem się swego czasu z tymi panami. Modlitwa mężczyzn ma w sobie coś niesamowitego (z całym szacunkiem dla kobiet). Sami byliśmy zaskoczeni, że kiedy odmówiliśmy nieszpory, to w sercach coś nam się poruszyło. Pamiętam ten dreszcz, kiedy wieczorem w seminarium śpiewaliśmy „Bogurodzicę”. Odruchowo sprawdzałem, czy nie mam miecza u pasa (śmiech). Gdyby dzisiaj nauczyć mężczyzn śpiewać „Bogurodzicę”, to oni też mieliby łzy w oczach.

Za mało przedstawiamy chrześcijaństwo jako wezwanie niosące w sobie ryzyko.
– Tak, Murrow pisze, że zapraszając mężczyzn do Kościoła, powinniśmy zadawać im pytanie: „czy ty się nadajesz, żeby być chrześcijaninem?”. A nie tylko: „przyjdź, zapraszamy, czekamy”. Zaproszenie do „męskiej” wiary powinno być w takim stylu, w jakim kiedyś pewien naukowiec zapraszał ochotników na wyprawę na biegun północny. Dał do gazety takie ogłoszenie: „Mężczyźni jako ochotnicy poszukiwani na niebezpieczną wyprawę. Niskie płace. Nieludzkie zimno, miesiące w ciemności, szczęśliwy powrót wątpliwy, możliwość zdobycia sławy i uznania, jeśli wyprawa się powiedzie”. Zgłosiło się 5 tysięcy mężczyzn. Chrześcijaństwo jest wyzwaniem, walką. Trzeba pokazywać Chrystusa jako mocnego mężczyznę, także inne postacie biblijne, jak prorocy czy król Dawid. Chrześcijaństwo jest bitwą. Nie na pięści, lecz duchową walką z siłami ciemności. Jeśli tak zaczynamy mówić, to wielu panów nagle odkrywa wiarę z zupełnie innej strony.

Ks. Piotr Pawlukiewicz Ma 48 lat. Jest rekolekcjonistą, kaznodzieją, duszpasterzem parlamentarzystów, wykładowcą homiletyki i duszpasterstwa rodzin w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie, autorem książek o tematyce religijnej. Głosi homilie w kościele Świętego Krzyża w Warszawie podczas Mszy radiowej o godz. 9.00 oraz kazania dla studentów w warszawskim kościele św. Anny (w niedziele o godz. 15.00). Współpracuje z Radiem Józef, gdzie prowadzi audycję „Katechizm poręczny”. Jego rekolekcje ściągają tłumy